To co za każdym razem podkreślam – to są moje doświadczenia. Nie mówię, że dobre lub złe, a na pewno można to zrobić lepiej, jak i gorzej.
Przedstawiam Ci skład mojej apteczki na wyprawach rowerowych. Teoretycznie każdy z nas, powinien mieć apteczkę ZAWSZE przy sobie, ale wiadomo – teoria mija się z praktyką.
Bardzo się cieszę, jeżeli choć jedna osoba z Was, nosi codziennie ze sobą parę jednorazowych rękawiczek. Nigdy nie wiemy, kiedy ktoś będzie potrzebował naszej pomocy, a zgodnie z podstawową zasadą – najpierw zdrowie nasze, później wszystkich innych.
Martwi nikomu nie pomożemy. Chodzi tu głównie o kontakt z krwią, ale ta zasada ma też zastosowanie w różnych innych sytuacjach, np. podczas wypadku drogowego. Na wstępie robimy wszystko co trzeba, aby zabezpieczyć miejsce wypadku tak, aby w momencie, kiedy udzielamy pierwszej pomocy, nikt inny w nas nie wjechał, bo zamiast jednego poszkodowanego będzie już dwóch lub więcej. Przykładów można podawać wiele.
* ja noszę parę jednorazowych rękawiczek w pudełku po jajku Kinder Niespodzianki 😀
Pierwsza pomoc, to temat rzeka, o którym można długo pisać. Na pewno polecam każdemu wydać te 150 – 200 zł i odbyć kurs pierwszej pomocy w jakiejś firmie zewnętrznej. Wiem, że uczą nas tego na różnych szkoleniach w pracy czy w szkole, ale czy coś z tego wynosimy? Ja 8 lat temu odbyłam szkolenie, które trwało cały weekend. Teoretycznie powinno się je powtarzać co 1-2 lata, bo wiadomo, że wiedza utrwalona zostaje na dłużej, natomiast cieszę się, że przyłożyłam się do tego wtedy, tak bardzo, że naprawdę sporo pamiętam.
Pakując się na okrążanie Polski, zaczęłam wzbogacać apteczkę o krople żołądkowe, preparat na ból gardła w aerozolu, kwaśne mleko w żelu… Jak zebrałam to wszystko do kupy i podniosłam, to wróciłam do stanu wyjściowego. Dwie pierwsze rzeczy są w szklanych buteleczkach, co sprawia, że są stosunkowo ciężkie, a przy dbaniu o każdy kilogram, ma to duże znaczenie.
W moim standardzie jest totalne minimum, bo wychodzę z założenia, że to jest tak samo, jak z częściami zamiennymi do roweru. Żeby czuć się w pełni zabezpieczonym na wszystkie ewentualności, to według mnie, trzeba by było zabrać na plecy drugi rower, a i tak okaże się, że o czymś zapomnieliśmy.
Co JA zabieram?
- folię NRC*
- opaskę elastyczną
- bandaż
- jałowe gaziki
- chustę trójkątną
- parę jednorazowych rękawiczek
- a z leków: Stoperan i Ibum – oczywiście nie całe opakowania, tylko max. kilka sztuk
* w sumie, mam przy sobie co najmniej jedną folię NRC więcej.
Kiedy mam mokrą podłogę w namiocie, to z pomocą NRC, izoluję się od gleby.
Przede wszystkim, cholernie cieszę się, że nigdy nie musiałam tych rzeczy używać!
A po drugie – uważam, że z tym ekwipunkiem, spokojnie można udzielić PIERWSZEJ pomocy, np. zatrzymać krwawienie czy ustabilizować złamaną kończynę. Jeżeli nie jesteśmy na pustyni ani na biegunie, to raczej co jakiś czas mijamy aptekę/sklep i możemy kupić to, czego akurat naprawdę potrzebujemy w danej sytuacji.
Jak zaczniemy kombinować i wymyślać ‘a co się może wydarzyć’, to zabierzemy więcej lekarstw niż ubrań.
Ja wolę być myśli, że nic złego się nie stanie 😉
* Oczywiście każdy przypadek jest inny. Może ktoś z Was jest na coś uczulony (np. jad osy), ma cukrzycę lub inne choroby, które wymagają podania specjalnych leków. Pamiętajmy o tym, ale nie popadajmy w obłęd.